Droga do Hogsmeade wydawała się dość specyficznia. Choć cała trójka szła razem, to i tak Ron wyprzedzał pozostałą dwójkę, spiesząc się do upragnionych słodyczy. Ślady jego butów, ciągnęły się za nim na śniegu a na ich końcu, powolnym krokiem, kroczyli, pogrążeni w rozmowie Hermiona i Harry. Po paru minutach spaceru, zdołali zobaczyć ośnieżone dachy domów, odbijające słoneczne promienie. Każda myśl o tej wiosce, przyprawiała ich o pozytywne uczucia.
- No rewelacyjnie! - krzyknął sarkastyczne Ron, wpatrując się w zamknięte drzwi do Miodowego Królestwa - Aloha...
- Expeliarmus! - przerwała Hermiona, wyrzucając Ronowi różdżkę z ręki, która odleciała kilka metrów w tył, lądując samotnie pod płotem.
- Zwariowałeś? Czy Tylko udajesz? Ja rozumiem, że masz ochotę na coś słodkiego, ale to chyba nie powód, żeby włamywać się do sklepu! Poza tym, nie sądzisz chyba, że nie jest on chroniony zaklęciami antywłamaniowymi.
- Nie wrzeszcz! Ja po prostu chciałem...przywitać się po Hawajsku - odpowiedział skruszonym głosem, podnosząc różdzkę - To...co robimy ? Moje zapasy dziś, niestety się nie powiększą, dzięki Harry, wiedziałem, że zawsze mogę na Ciebie liczyć - odparł ironicznie, kierując mordercze spojrzenie w kierunku przyjaciela który stał nieruchomo, z rękoma w kieszeni, wpatrując się w nicość.
- Co powiecie na Ognistą w Trzech Miotłach? - zapytał nie odrywając wzroku od...niczego.
- Jasne! Już lęce, bo oczywiście zawsze muszę, być posłuszny, zawsze jest...
- IDZIEMY! - wrzasnęła Hermiona, idąc na przód, ciągnąc za sobą Rona i Harry'ego.
Dwa piwa kremowe i cztery kolejki Ognistej Whiskey później, Rudzielec opanował swój gniew, zasypiając z głową na kolanach Harry'ego.
- Chłopcy, ja rozumiem, że chcecie się rozgrzać, ale idzcie chociaż do łazienki - rzuciła zza baru Madame Rosmerta. Nie mogąca powstrzymać się od śmiechu Hermiona, usadowiła Rona w miarę prosto na krześle.
- Biedak. Zawsze mówiłam, że ma słabą głowę.
- Wracajmy do domu - zadecydował Harry, łapiąc przyjaciół za ramiona. Teleportacja, jak zwykle przebiegła szybko, ale niekoniecznie sprawnie, gdyż trójka przyjaciół znalazła się w domu Hermiony.
- Emm...muszę jeszcze poćwiczyć - przyznał nerwowym głosem, wyciągając rękę w kierunku Hermiony. - Chodź .
- Ale nie ma problemu. Co za różnica, czy prześpi się u Ciebie czy u mnie - powiedziała Hermiona, chcąc otworzyć drzwi od sypialni. Harry wpadł w panikę.
- NIE! POCZEKAJ! Może...położymy go w salonie? Przy kominku szybciej dojdzie do siebie.
- Wydaje mi się, że byłoby lepiej, aby miał dostęp do chłodnego powietrza, a w tym pokoju jest wentylator. Harry, dlaczego jesteś taki blady? Sadzę, że też powinieneś się położyć - oznajmiła spokojnie Hermiona otwierając drzwi. Tak szybko jak je otworzyła, tak szybko je zamknęła. Po minie Harry'ego można było wywnioskować tylko jedno.
- Hermiono, bo widzisz...
- Harry masz pięć minut na wyproszenie gościa z mojego domu! - powiedziała przez zęby - pozwól, że powydzieram się na Ciebie później. Vingardium Leviosa! Przeniosę go do salonu i przygotuje kolację, a Ciebie jeszcze raz proszę o pożegnanie się z...kolegą - skończyła, przenosząc przed sobą, lewitującego Rona. Harry w pierwszej chwili, nie wiedział co ma robić. Choć od początku był kreowany na odważnego osobnika, tym razem, miał ochotę uciec jak najdalej. Od początku miał przeczucie, że jego plan, nie do końca jest tak idealny, jak się wydawał. Wziął głęboki oddech, złapał za gałkę w drzwiach i wszedł do pokoju.
Poza nim samym, w sypialni nie było nikogo. Zdziwiony Gryfon podszedł do otwartego okna, zamknął je i usiadł na łóżku. Na szafce nocnej, leżała mała, niedbale rzucona kartka.
Jutro, 20.00, dokończymy u mnie.
